:: polska wersja :: :: english version :: :: беларуская версія :: :: версія украіньска :: :: русская версия ::  

 

:: dodaj do ulubionych :: :: wyślij do nas maila :: :: kontakt :: nasz adres :: :: wróć na główną stronę ::  

Projekt realizowany jest dzięki pomocy finansowej Ambasady Królestwa Niderlandów w Warszawie, Ambasady Kanady w Warszawie i National Endowment for Democracy w Waszyngtonie

:: Nasz sponsor ::

The National Endowment for Democracy

Akavita

 

 

[ komentarze ] 

przyczyny nieskuteczności polskiej polityki wobec Białorusi

 

Szanowni Państwo.

Ostatnie miesiące przyniosły szereg niepowodzeń polskiej polityki wobec Białorusi. Ich przyczyny nie pojawiły się nagle – to wynik wieloletnich zaniedbań i niekorzystnych zaszłości w naszych relacjach z tym krajem. W moim wystąpieniu staram się opisać poszczególne płaszczyzny tych niepowodzeń, zdając sobie sprawę, że samo zdefiniowanie obecnej sytuacji powinno być jedynie punktem wyjścia do odpowiedzi na pytanie o jej przyczyny. To z kolei powinno stanowić materiał bazowy do dyskusji zarówno o sposobach unikania tych błędów w przyszłości, jak też o zasadności zastosowania w sposób systematyczny i skoordynowany szeregu instrumentów, które, moim zdaniem, – i wbrew obiegowym opiniom – Polska posiada w relacjach z Białorusią. Tak więc, niniejsze wystąpienie „Przyczyny nieskuteczności polskiej polityki wobec Białorusi” traktuję jedynie jako pierwszy niezbędny krok do stworzenia całościowego programu polskich działań na tym kierunku, uwzględniającego zarówno specyfikę systemu władzy i sytuację społeczno-polityczną w tym kraju, jak również istniejący w Polsce realny potencjał oddziaływania oraz uwarunkowania prowadzonej polityki – tak międzynarodowe, jak i wynikające z wewnętrznej sytuacji w Polsce.

Polityka RP wobec Białorusi prowadzona w okresie rządów SLD-PSL, a później pod bezpośrednim kierownictwem SLD, poniosła całkowite fiasko we wszystkich dziedzinach relacji dwustronnych istotnych z punktu widzenia polskich interesów:

- nastąpiła faktyczna likwidacja przez władze RB niezależnego 26-tysięcznego Związku Polaków na Białorusi. Utworzona w jego miejsce przez władze białoruskie i kontrolowana przez białoruskie służby specjalne organizacja nie reprezentuje mniejszości polskiej i nie zamierza realnie działać na rzecz rozwoju polskich środowisk. Celem jej istnienia jest pozorowanie przestrzegania praw polskiej mniejszości. Załamało się polskie odrodzenie narodowe (funkcjonowanie polskiego szkolnictwa, oświaty, polskiej prasy i większej części działalności kulturalnej);

- kompromitacją zakończyły się działania wynikające z polskich aspiracji do kształtowania polityki UE wobec Białorusi, których efektem miało być złagodzenie polityki wewnętrznej i zagranicznej władz w Mińsku. Z jednej strony – reżim białoruski nie tylko nie złagodził swojego kursu, ale szybko ewoluował w kierunku faszyzmu, z drugiej – nie udało się skłonić UE do akceptacji wspomnianej roli Polski. Co więcej, w oczach partnerów unijnych wręcz udowodniliśmy swoją nieskuteczność w tym zakresie. Polska nie potrafiła też przekonać UE do wypracowania jakiejkolwiek jednolitej skutecznej polityki wobec Białorusi zgodnej z naszym interesem;

- zmarnowane zostały ogromne możliwości realizacji polskich interesów gospodarczych na Białorusi. Wzrost obrotów handlowych, który nastąpił na przestrzeni ostatniego półtora roku nie był wynikiem planowych działań polskich władz i nie odzwierciedla rzeczywistego potencjału dwustronnej współpracy gospodarczej, której beneficjentami nadal są nieliczne polskie spółki, powiązane głównie z SLD i PSL. Polskie inwestycje na terenie RB są szczątkowe;

- nie wykorzystano istniejącego w Polsce ogromnego potencjału wsparcia dla demokratycznych środowisk białoruskich, na co te w dużym stopniu liczyły. Z jednej strony wpłynęło to na dalsze ich osłabienie, z drugiej zaś – spowodowało ich rozczarowanie polską polityką, pogarszając wizerunek RP w oczach zorientowanej pro-zachodnio i pro-polsko części społeczeństwa białoruskiego. W sposób naturalny zmusza to opozycję białoruską do poszukiwania sojuszników w Rosji, co z punktu widzenia długofalowych interesów Polski jest zdecydowanie niekorzystne; 

- Polska nie była w stanie i faktycznie nie próbowała nawet podejmować działań zmierzających do umocnienia niezależności Białorusi od Rosji i przeciwdziałania rosnącym wpływom rosyjskim w RB, co powinno być strategicznym celem RP. Co więcej – wiele przykładów, szczególnie w ostatnim czasie, świadczy o wspólnym precyzyjnym koordynowaniu działań antypolskich przez władze w Moskwie i Mińsku; 

- współpraca międzyresortowa i przygraniczna z Białorusią, także w ramach euroregionów, ma w dużym stopniu charakter fasadowy i przynosi Polsce minimalne korzyści. Nie udaje się uregulować tak elementarnych kwestii jak sytuacja na przejściach granicznych, bezprawne konfiskaty mienia polskich firm i przewoźników operujących na terenie RB, zasady polityki wizowej stosowane przez stronę białoruską, a nawet kwestii własności budynku Ambasady RP w Mińsku.

U podstaw tych niepowodzeń legło pięć zasadniczych przyczyn:

a) błędne podstawowe założenia prowadzonej przez Polskę polityki wobec RB, oparte na niezgodnej z rzeczywistością ocenie sytuacji wewnętrznej w tym kraju, w tym w szczególności charakteru reżimu białoruskiego i zachodzących tam procesów społecznych i politycznych;

Podstawowym błędem, popełnionym przez rządy polskiej lewicy, było uznanie, że reżim A. Łukaszenki to „miękka forma rządów autorytarnych”, która może stopniowo ewoluować w kierunku demokracji i wolnego rynku, gdyż tamtejsza nomenklatura jest w gruncie rzeczy zainteresowana zbliżeniem z Zachodem i większą swobodą prowadzenia działalności gospodarczej. Podświadomie zastosowano zapewne w tym przypadku analogię do środowisk nomenklaturowych PZPR schyłku lat 80-ch, nie biorąc pod uwagę zasadniczej odmienności systemu władzy na Białorusi. Odmienność ta polega m.in. na tym, że:

- w przeciwieństwie do okresu późnego PRL-u władza na Białorusi jest sprawowana ściśle jednoosobowo przez A. Łukaszenkę, którego biografia polityczna, jednoznaczna konstrukcja psychologiczno-światopoglądowa i ściśle określony model państwa, który chce on zbudować wykluczają jakąkolwiek możliwość demokratyzacji, liberalizacji i zbliżenia z Zachodem. W tym sensie nie jest to polityk, który skuszony wizją doraźnych korzyści (np. gospodarczych lub zyskania akceptacji na europejskiej scenie politycznej) byłby skłonny do rezygnacji lub przynajmniej modyfikacji wdrażanej przez siebie neo-bolszewickiej ideologii państwowej. Swoje działania traktuje on jako swoistą „misję dziejową ojca narodu”, która stanowi najgłębszy sens jego życia. Jego wypowiedzi w przeszłości sugerujące możliwość zmiany kursu polityki i otwarcia Białorusi na świat, również jego sugestie konieczności poprawy stosunków z Polską, były wyłącznie taktycznym instrumentem jego rozgrywki z Zachodem z jednej strony, zaś z Rosją – z drugiej. O niekompetencji polityków SLD i urzędników MSZ świadczy fakt, że te – jak się to w nomenklaturze dyplomatycznej określa – „pozytywne sygnały” przyjęli a priori za czystą monetę, stosując myślenie życzeniowe ze szkodą dla podstawowych założeń polskiej polityki wobec reżimu. Co więcej, błąd ten popełniano wielokrotnie, przechodząc do porządku dziennego nad kolejnymi niedotrzymywanymi przez Łukaszenkę obietnicami, kiedy tylko po raz kolejny wysyłał on wspomniane „pozytywne sygnały”. Fakt, że podobne pułapki Łukaszenka od lat skutecznie stosuje wobec innych państw i polityków UE świadczy, że również unijna dyplomacja – podobnie jak polska – z jednej strony błędnie interpretuje charakter białoruskiego reżimu, z drugiej – zdecydowanie przecenia skuteczność swoich tradycyjnych instrumentów perswazji;

- w warunkach białoruskich nigdy nie istniał i nie istnieje wpływ nomenklatury na prezydenta. Jest mu ona bezwarunkowo podporządkowana i całkowicie od niego zależna, a model władzy ewoluuje w kierunku całkowitego wyeliminowania jakiejkolwiek możliwości jej niezależnych zachowań. Jej zadaniem i podstawową gwarancją bytu jest ścisłe wykonywanie poleceń dyktatora, a każde podejrzenie o „odchylenie ideologiczne” lub uleganie „manipulacjom Zachodu” kończy się w najlepszym przypadku dymisją, w gorszym – konfiskatą majątku i więzieniem. Jednocześnie sama nomenklatura nie wykazuje żadnych oznak zainteresowania zmianami, gdyż – w przeciwieństwie do dawnej PZPR – podstawową gwarancją zachowania jej pozycji społecznej jest utrzymanie państwowego, scentralizowanego i etatystycznego systemu w gospodarce i administracji oraz rozbudowanego aparatu ideologicznego, który w warunkach społeczeństwa pluralistycznego całkowicie straciłby rację bytu. Niski poziom edukacji i kreatywności oraz brak umiejętności samodzielnego działania tych kadr sprawia, że w warunkach gospodarki wolnorynkowej lub nawet quasi-rynkowej nie będą one w stanie sprostać konkurencji, czego mają pełną świadomość. Należy przy tym pamiętać, że przy braku rzeczywistego samorządu terytorialnego i ścisłym hierarchicznym podporządkowaniu władz lokalnych władzom centralnym (w sytuacji równoległej kontroli aparatu wszystkich szczebli przez służby specjalne) nie istnieją również jakiekolwiek regionalne grupy wpływu. Wiązanie nadziei z wpływem na prezydenta białoruskiej nomenklatury jako autonomicznej siły politycznej było więc kolejnym karygodnym błędem polskiej polityki wobec RB; 

- istniejące na Białorusi grupy prywatnego biznesu nie są zainteresowane zabieganiem o większą liberalizację, gdyż swoje dochody czerpią właśnie z koncesjonowania przez państwo możliwości działalności gospodarczej i istnienia typowego dla gospodarki państwowej deficytu na rynku towarów i usług. Jedyne zainteresowane ewentualnymi zmianami kilkudziesięciotysięczne środowisko drobnych handlarzy – choć z reguły nastawione „antyłukaszenkowsko” – nie stanowi na razie istotnej siły politycznej. Nigdy zresztą nie było ono traktowane przez autorów polskiej polityki wobec Białorusi jako docelowa grupa ew. działań lobbystycznych;

- zdefiniowanie przez polski MSZ systemu władzy na Białorusi jako „miękkich rządów autorytarnych” było całkowicie nieadekwatne do rzeczywistego stanu rzeczy i miało służyć wyłącznie legitymizacji kontaktów z reżimem na maksymalnie wysokim poziomie, które byłyby niemożliwe, gdyby zgodnie z prawdą przyznano, że jest to dyktatura o charakterze faszystowskim. Tymczasem system władzy w pełni wyczerpuje kryteria charakterystyczne dla faszyzmu lub neo-stalinizmu: istnieje silny wódz, bezpośrednio kontrolujący wszystkie segmenty władzy oraz jego masowy kult, planowo wdrażana (również jako przedmiot szkolny i akademicki) ideologia państwowa obejmuje, definiuje i ingeruje we wszystkie dziedziny życia (włącznie z religią, kulturą, literaturą, rozrywką, nauką, wychowaniem młodzieży, programem mediów, sportem), z założenia negując jakiekolwiek alternatywne lub niezależne postawy społeczne. Istniejące instytucje demokratyczne (parlament, Sąd Najwyższy i sądy niższego szczebla) są nimi tylko z nazwy, służąc wyłącznie jako fasada władzy wykonawczej; instytucja wolnych wyborów w praktyce nie istnieje, partie opozycyjne i media niezależne są coraz szybciej i z pogwałceniem prawa administracyjnie eliminowane z życia politycznego, mniejszości narodowe i religijne są prześladowane i nie mogą się rozwijać, protesty społeczne są praktycznie niemożliwe, służby specjalne dysponują ogromnymi uprawnieniami i pozostają poza jakąkolwiek kontrolą społeczną, w niektórych przypadkach władza ucieka się do zabójstw politycznych, a w sposób masowy stosuje mechanizm zastraszania lub „pobicia przez nieznanych sprawców”, areszty, zwolnienia z pracy, grzywny. Kultura państwowa opiera się na etosie ludowo-militarystycznym, kulcie „braterstwa radziecko-słowiańskiego” jako przeciwstawnego „wrogiej kulturze Zachodu” i wpływom katolicyzmu, przy coraz częściej obecnych elementach antysemickich, antypolskich, antyprotestanckich i wrogich nawet narodowej kulturze białoruskiej. 

Mimo to polski MSZ przez lata nie zredefiniował nawet na własny użytek systemu władzy na Białorusi i – co więcej – świadomie samoograniczał lub wypaczał pozyskiwane informacje podważające przyjętą z góry koncepcję „wyłącznie miękkiego autorytaryzmu”. Tych niekonstruktywnych działań byłem, niestety, bezpośrednim świadkiem. W praktyce skutkowało to brakiem reakcji, a nawet zainteresowania faktami masowego łamania praw człowieka i swobód demokratycznych na Białorusi (w sytuacji kiedy powstrzymywanie się od reakcji nie było możliwe ze względu na opinię publiczną w Polsce, robiono to w sposób maksymalnie łagodny, dając jednocześnie funkcjonariuszom reżimu do zrozumienia, że dana reakcja polskich władz jest wymuszona i nie powinni przykładać do niej zbyt dużej wagi). Jednocześnie demonstrowano chęć utrzymywania maksymalnie bliskich kontaktów z reżimem, próbując pod wszelkimi pretekstami obchodzić (szczególnie w okresie przed akcesją Polski do UE) unijne ograniczenia poziomu kontaktów. Powyższa polityka wyrządziła poważną szkodę polskim interesom. Przede wszystkim upewniła Aleksandra Łukaszenkę co do słabości polskiej polityki i utwierdziła go w przekonaniu, że nawet w przypadku drastycznych działań z jego strony Polska nie będzie reagować lub, co najwyżej, zareaguje w sposób dla niego nieszkodliwy. Takie przewidywania władz RB legły m.in. u podstaw decyzji o ataku na Związek Polaków na Białorusi w 2005 r. Ponadto polityka SLD utwierdziła białoruską opozycję (ale także demokratycznie zorientowaną część środowiska polskiego w RB) w przekonaniu, że nie może ona liczyć na Polskę w sytuacji narastających prześladowań. Jednocześnie stosowanie „taryfy ulgowej” wobec działań „miękkiego” reżimu Łukaszenki nie przyniosło Polsce żadnych wymiernych korzyści w innych dziedzinach.

Drugim podstawowym błędem teoretycznym polityki SLD, polskiej dyplomacji konsularnej i polskich fundacji budżetowych (Wspólnota Polska, Fundacja Pomocy Polakom na Wschodzie) wobec Białorusi było błędne zdefiniowanie stanu, potrzeb i zagrożeń dla polskiej mniejszości narodowej. Uznano, że od wieków zakorzeniony w świadomości miejscowych Polaków potencjał wolnościowy, demokratyczny, odporny na rusyfikację, a potem antysowiecki uległ wyczerpaniu, a w obecnych realiach – nawet gdyby próbował się odrodzić – nie powinien być wspierany. W związku z tym za podstawowe zagrożenie dla rozwoju polskości uznano właśnie nie tendencje rusyfikacyjne, ani tłumienie demokracji na Białorusi, ale sztucznie podsycany przez część sterowanych przez służby specjalne RB działaczy ZPB, głównie Tadeusza Kruczkowskiego, mit o „zagrożeniu przez nacjonalizm białoruski”. Było to całkowicie zgodne z oczekiwaniami A. Łukaszenki, ale także władz Rosji, oczekiwaniami zmierzającymi do zahamowania białoruskiego odrodzenia narodowego, w tym szczególnie na płaszczyźnie politycznej (reprezentowanej głównie przez oba odłamy Białoruskiego Frontu Narodowego), a następnie zastąpienia go rosyjskojęzyczną kulturą post-radziecką i państwowo-prawosławną, z jej mitem o „słowiańskim braterstwie Rosji i Białorusi”. Doprowadzenie do konfrontacji pomiędzy polskim a białoruskim odrodzeniem narodowym było obliczone na osłabienie i – docelowo – likwidację obu tych tendencji, które w warunkach relatywnie swobodnego rozwoju przed dojściem Łukaszenki do władzy szybko rosły w siłę. Jednocześnie plan ten miał na celu niedopuszczenie do ukształtowania się wspólnego frontu polskich i białoruskich środowisk demokratycznych, którego zalążki pojawiły się w okresie, kiedy Związkiem Polaków na Białorusi kierował Tadeusz Gawin, a do władz organizacji wchodziło szereg działaczy zdecydowanych – wspólnie z Białoruskim Frontem Narodowym – walczyć tak o prawa Polaków jako Białorusinów. W okresie tym dawny nacjonalistyczny odłam BNF z Z. Paźniakiem na czele zaprzestał w zasadzie jakichkolwiek wystąpień (charakterystycznych dla każdego młodego państwa), które mogłyby być postrzegane jako „antypolskie” (zresztą sam Paźniak przedefiniował swoje stanowisko w tym zakresie). W ich miejsce pojawił się zorientowany na współpracę z Polakami nurt działaczy BNF i innych partii, odwołujących się do wspólnych z Polską tradycji. Co więcej – w samym Grodnie środowisko skupione wokół b. wicemera A. Milinkiewicza (obecnie kandydat opozycji w wyborach prezydenckich 2006 r.) i organizacji „Ratusz” aktywnie wsparło Polaków w walce o polskie szkolnictwo, prasę, etc. W tej sytuacji przyjęcie przez autorów polskiej polityki podsuniętej im tezy o zagrożeniu ze strony żywiołu białoruskiego i jednocześnie brak wskazania na prawdziwe zagrożenia, czyli działania administracyjne władz i tendencje rusyfikacyjne, świadczą co najmniej o braku wiedzy na temat sytuacji środowiska polskiego. 

Na gruncie praktycznym konsekwencją tego założenia było wdrożenie przez polskie władze polityki „nieupolityczniania Związku Polaków na Białorusi”. Jej celem miało być odsunięcie ZPB od jakiejkolwiek działalności politycznej i stopniowe eliminowanie działaczy „podejrzanych” o współpracę z opozycją białoruską. Zasadnicze znaczenie miała w tym przypadku zmiana na stanowisku Prezesa Zarządu ZPB w 2000 r., którym w miejsce T. Gawina został drugoplanowy działacz T. Kruczkowski. Pewne okoliczności, w których doszło do tego wyboru wymagają – moim zdaniem – oddzielnego zbadania. Hasło „nieupolityczniania ZPB” T. Kruczkowski wykorzystał do zerwania wszelkiej współpracy z demokratycznymi środowiskami białoruskimi w Grodnie, publicznie oskarżając je (także w rozmowach ze słabo zorientowanymi przedstawicielami polskich elit politycznych) o chęć zniszczenia Polaków na Białorusi. Mimo że fakt realizowania przez Kruczkowskiego interesów białoruskich służb specjalnych stał się oczywisty prawie bezpośrednio po objęciu przez niego fotela prezesa ZPB, MSZ RP, Wspólnota Polska i Fundacja Pomocy Polakom na Wschodzie nie reagowały. Co więcej, otwarte polityczne i finansowe wsparcie Kruczkowskiego przez stronę polską było kontynuowane, a sygnały płynące od niektórych polskich dyplomatów z Białorusi – ignorowane. Ignorowano również liczne informacje o nadużyciach finansowych prezesa, o jego nieoficjalnych kontaktach z aparatem bezpieczeństwa Republiki Białoruś, o załamywaniu się pod jego kierownictwem szkolnictwa mniejszości polskiej, o szybkim spadku liczby aktywnych członków ZPB i drastycznym kurczeniu się nakładu jedynej polskiej gazety – „Głos znad Niemna”. Dopiero uzyskane przez pracowników Ambasady RP w Mińsku wewnętrzne białoruskie dokumenty, niezbicie potwierdzające podjętą przez T. Kruczkowskiego i Przewodniczącego Rady Naczelnej ZPB K. Tarasiewicza próbę przekazania Domów Polskich na Białorusi pod kontrolę władz RB wzbudziły po raz pierwszy poważne zaniepokojenie kierownictwa MSZ i Wspólnoty Polskiej. Mimo to polska dyplomacja nadal aktywnie wspierała Kruczkowskiego (niekiedy nawet po tym jak w marcu 2005 r. przestał on być prezesem ZPB) i nie podejmowała żadnych działań w obronie działaczy polonijnych i ich rodzin, wobec których KGB i władze administracyjne podjęły masowe represje (szczególnie dotyczy to postawy Konsula Generalnego w Brześciu R. Kunata). Powyższe zjawiska były wynikiem inercyjnego kontynuowania działań w myśl założonej od początku błędnej tezy. 

Należy przy tym zaznaczyć, że jeśli celem takiej polityki wobec ZPB miało być uzyskanie od władz Białorusi przychylnego traktowania i zgody na rozwój polskiej mniejszości narodowej, to przyniosła ona skutek całkowicie odwrotny do zamierzonego w postaci spacyfikowania przez reżim białoruski wszelkich działań na rzecz odrodzenia polskiej tożsamości narodowej i faktycznej likwidacji największej polskiej organizacji na wschodzie. Trzeba też podkreślić, że zarówno MSZ, jak Wspólnota Polska i Fundacja Pomocy Polakom na Wschodzie przez cały czas godziły się na sprowadzanie potrzeb polskiej mniejszości do roli, jaką wyznaczyły w tym zakresie władze białoruskie i sam Kruczkowski, czyli głównie działalności kółek folklorystycznych, zespołów tanecznych, etc. Jednak już np. działalność na rzecz rozwoju polskiego szkolnictwa i prasy polskiej, a tym bardziej krzewienia polskich tradycji patriotycznych, która zawsze budziła niechęć władz białoruskich, była traktowana drugoplanowo. Podsumowując, można stwierdzić, że karygodnym błędem popełnionym przez polskie władze w tym przypadku było odrzucenie założenia, iż pełnia praw polskiej mniejszości może być realizowana tylko w państwie demokratycznym i przyjęcie w jego miejsce tezy, że w zamian za rezygnację ze wspierania aktywności politycznej można od Łukaszenki „wytargować” przychylne traktowanie Polaków. Również w tym przypadku błędnie oceniono istotę białoruskiego reżimu, który nie toleruje jakichkolwiek form niezależnej aktywności (szczególnie na rzecz rzeczywistego rozwoju polskości) i którego celem strategicznym było od początku jej zniszczenie. Było to możliwe m.in. dlatego, że Łukaszenka słusznie zinterpretował fakt niereagowania przez stronę polską na wcześniejsze przypadki ataków i nacisków na mniejszość polską jako wyraz słabości polskiej polityki i – również słusznie – założył słabą reakcję władz polskich, kiedy podejmie frontalny atak. Kontynuacją błędnych koncepcji strony polskiej są pojawiające się od pewnego czasu nieoficjalne opinie polskich urzędników i polityków, zajmujących się Białorusią, o konieczności podjęcia współpracy – „w imię mniejszego zła” – z nowym „reżimowym” Związkiem Polaków na Białorusi. Taka postawa jest obecnie zdecydowanie na rękę Łukaszence, tworząc pozory normalizacji stosunków i przestrzegania przez niego praw mniejszości narodowych. Jednocześnie Polska sama pozbawia się w tym przypadku argumentów w rozmowach z UE, mających na celu zyskanie unijnego poparcia w obronie praw polskiej mniejszości. Dla białoruskich służb specjalnych jest to sygnał potwierdzający słabość polskich reakcji, zaś dla demokratycznie zorientowanych działaczy polskich w RB – dowód braku rzeczywistego poparcia politycznego ze strony polskich władz.

Trzecim podstawowym błędem teoretycznym popełnionym przez autorów polskiej polityki wschodniej było oparcie jej na założeniu, że dążenia Łukaszenki do zachowania względnej niezależności od Rosji są na tyle silne, iż jest on podstawowym gwarantem suwerenności Białorusi, co leży rzecz jasna w interesie RP. W związku z tym przyjęto nieformalne założenie, że w związku z tym osłabianie pozycji Łukaszenki – np. poprzez realne, a nie tylko deklaratywne wspieranie środowisk demokratycznych Białorusi – nie jest celowe. Tymczasem wszystkie działania białoruskiego prezydenta potwierdzały, że niepodległość swojego kraju traktuje on wyłącznie jako doraźną kartę przetargową w swojej rozgrywce o zdobycie kluczowej roli w przyszłym Związku Białorusi i Rosji. Z tego punktu widzenia nie jest on zainteresowany działaniami długofalowo umacniającymi niepodległość Białorusi, takimi jak rozwój narodowej kultury, języka, przywracanie narodowej historii. Zresztą sam fakt, że w jego wizji Białoruś ma stać się częścią wspólnego z Rosją Państwa Związkowego nie ma nic wspólnego z dążeniem do utrzymania realnej niepodległości. W związku z tym nieformalne założenie „pozytywnej roli Łukaszenki w procesie umacniania niepodległości Białorusi”, na którym oparto polską politykę, jedynie umocniło pozycję dyktatora, nie zapobiegając rosnącej politycznej zależności Białorusi od Rosji, czy postępującej rusyfikacji kraju. Zignorowano fakt, że ryzyko bezpośredniej inkorporacji Białorusi do Federacji Rosyjskiej jest o wiele większe w sytuacji kiedy „gwarantem”, że tak się nie stanie, jest jednoosobowo dyktator o pokroju Łukaszenki, niż wtedy gdy władza w kraju będzie należeć do demokratycznie wybranych władz, które – jeśli ich trzon stanowiłaby obecna opozycja (włącznie z komunistami) – opowiedzą się za pełną niepodległością.

Czwartym błędem przy planowaniu polskiej polityki wobec Białorusi było przecenienie przez jej autorów woli i gotowości krajów tzw. „starej UE” do działań na rzecz niepodległości i demokratyzacji Białorusi. Działania UE w tym zakresie od początku niedemokratycznych rządów Łukaszenki mają charakter czysto werbalny („wyrazy zaniepokojenia”, ew. „oświadczenia potępiające” i nierealizowane praktycznie uchwały Parlamentu Europejskiego), przy czym Bruksela łagodzi kurs wobec Białorusi za każdym razem kiedy Łukaszenka z przyczyn czysto taktycznych deklaruje wolę „poprawy”. Zdecydowanie przeceniono też polskie możliwości wpływania na unijną politykę w tym zakresie. W praktyce doprowadziło to do sytuacji, w której licząc na poparcie całej UE wstrzymywano się z bezpośrednimi własnymi działaniami wobec Białorusi, co w konsekwencji powodowało brak jakiejkolwiek aktywności. Mechanizm ten jest szczególnie widoczny na przykładzie braku znaczącej pomocy finansowej i logistycznej UE i Polski dla opozycji białoruskiej, braku rzeczywistych sankcji (w tym gospodarczych i wizowych) wobec reżimu, niemożności utworzenia rozgłośni radiowych i stacji telewizyjnych nadających na Białoruś. 

Piąty błąd założeń polskiej polityki wobec RB to zła ocena możliwości polsko-białoruskiej współpracy gospodarczej. Przy planowaniu strategii w tym zakresie nie wzięto bowiem pod uwagę ogromnych korzyści, jakie polscy eksporterzy i inwestorzy mogliby odnieść w przypadku, gdyby białoruska gospodarka przekształciła się z państwowej i centralnie sterowanej, bez możliwości rozwoju, w wolnorynkową, z dominującą prywatną formą własności, bez istniejących obecnie ograniczeń celnych, biurokratycznych i administracyjnych. W takim przypadku, biorąc pod uwagę drastyczny deficyt towarów i usług na rynku Białorusi, ogromne potrzeby inwestycyjne i infrastrukturalne, niską konkurencyjność podmiotów białoruskich, a jednocześnie możliwości surowcowe oraz dogodne położenie tranzytowe kraju na drodze do Rosji, można byłoby oczekiwać nawet 10-krotnego wzrostu korzyści dla gospodarki RP z kontaktów z Białorusią (a nie – jak obecnie – ujemnego salda w wysokości 250 mln USD). Chociażby ten jeden argument powinien przesądzić o konieczności podjęcia przez polskie władze wszelkich możliwych działań w celu doprowadzenia do zmian ustrojowych na Białorusi. Tymczasem politycy SLD i PSL skupili się wyłącznie na osiąganiu maksymalnej doraźnej korzyści przez wybrane podmioty gospodarcze w handlu z białoruską gospodarką państwową, zaniechując planowania długofalowej strategii. Ograniczone korzyści, jakie wynikły z tego tytułu dla polskich podmiotów, nie usprawiedliwiają braku działań na rzecz maksymalizacji potencjalnych zysków dla całej gospodarki RP w przyszłości. 

b) niski rzeczywisty priorytet polityki wobec Białorusi, warunkujący brak poważniejszych środków na ten cel, brak większego zainteresowania ze strony urzędników odpowiedzialnych za ten kierunek polityki, ich przypadkowy dobór oraz brak woli wykorzystania potencjału organizacji pozarządowych i samorządów w tym zakresie; 
Niski realny priorytet (pomijając deklaratywne sformułowania na użytek opinii publicznej) traktowania spraw białoruskich przez resorty i organizacje, odpowiedzialne za kreowanie polityki wobec RB, ale także przez większość polskich elit politycznych z SLD na czele, to wynik kilku równoległych zjawisk (hierarchicznie):

- rozczarowania polskich elit politycznych i urzędników brakiem efektów dotychczasowej polityki, prowadzącego do wniosku, że w sprawie Białorusi „i tak nie da się nic zrobić” (postawa ta cechuje zresztą także politykę UE wobec RB i postawę dawnych zachodnich donorów wspierających opozycję demokratyczną na Białorusi);
- skupienia uwagi polskiej dyplomacji, ale także potencjału polskich organizacji pozarządowych i mediów w pierwszym rzędzie na kwestiach związanych z Unią Europejską, a w sprawach wschodnich – z Rosją i Ukrainą; 

- opisanych w poprzednim punkcie błędnych podstawowych założeń tej polityki;

- niechętnego, uwarunkowanego historycznie i psychologicznie stosunku polityków SLD i związanych z nim urzędników do wszelkich działań mających charakter „podziemnej walki z komunistycznym reżimem” (co de facto ma miejsce w przypadku opozycji białoruskiej), szczególnie kiedy walkę tę prowadzą organizacje prawicowe (Białoruski Front Narodowy, Zjednoczona Partia Obywatelska), młodzieżowe („Zubr”, kojarzący się z dawną polską Pomarańczową Alternatywą) lub antykomunistycznie zorientowane środowisko polskie. Nakłada się na to żywiona przez wielu polityków SLD sympatia i powiązania towarzyskie z przedstawicielami post-radzieckiej nomenklatury;

- braku dopływu do mediów stałej i rzetelnej informacji z Białorusi, spowodowanego utrudnieniami pracy dziennikarzy, stwarzanymi przez władze RB (w wyniku ostatnich napięć na linii Warszawa-Mińsk bariera medialna w Polsce została częściowo, ale zapewne nietrwale przełamana); 

- braku autentycznych szerokich kontaktów pozarządowych: społecznych, kulturalnych, naukowych czy młodzieżowych (jak to ma miejsce np. w przypadku Ukrainy) będącego wynikiem celowego jej blokowania lub prób instytucjonalnego kanalizowania przez władze RB;

- wynikającego z przyczyn historycznych braku w Polsce silnego lobby na rzecz niezależnej i demokratycznej Białorusi;

- nieatrakcyjności dla Polski gospodarki białoruskiej w obecnym jej kształcie.

Niski priorytet polityczny przełożył się na niezwykle ograniczony zakres środków jakie polska administracja rządowa skierowała na działania na kierunku białoruskim, w tym także na wspieranie inicjatyw organizacji pozarządowych. Wystarczy wspomnieć, że np. roczny fundusz Ambasady RP w Mińsku na ten cel oscylował w granicach 10-15 tys. USD, a fundusz programowy Instytutu Polskiego w Mińsku – w granicach 30 tys. USD. Były to środki nieporównanie niższe niż wydatkowane przez inne polskie placówki znajdujące się w krajach o znacznie mniejszym z punktu widzenia interesów RP znaczeniu strategicznym. Biorąc pod uwagę te sumy, trudno, rzecz jasna, mówić o jakiejkolwiek polityce promowania przez Polskę własnego wizerunku oraz demokracji i standardów praw człowieka na Białorusi. 

c) słabość, a w niektórych przypadkach wręcz brak mechanizmu koordynacji polityki wobec Białorusi, niedrożność systemu przepływu informacji i nieumiejętność ich wykorzystania przez polską administrację. Było to spowodowane zarówno wspomnianym niskim priorytetem, jak i wewnętrzną słabością oraz zbiurokratyzowaniem instytucji odpowiedzialnych za politykę wschodnią;

d) funkcjonujące wśród wyższych rangą urzędników odpowiedzialnych za politykę wschodnią oraz polityków i samorządowców nieformalne psychologiczne przyzwolenie na pozostawanie Białorusi w strefie wpływów rosyjskich oraz przekonanie o niemożności i wręcz szkodliwości bardziej zdecydowanych działań wobec reżimu białoruskiego. 
Sprzyjał temu brak psychologicznej identyfikacji tych środowisk np. z Polakami na Wschodzie (przy jednoczesnej podświadomej akceptacji mechanizmów totalitarnych). Często towarzyszył temu elementarny brak wiedzy historycznej. W wielu przypadkach można mówić o instrumentalnym wykorzystywaniu przez stronę białoruską skłonności światopoglądowych, ignorancji i obaw środowisk związanych z SLD, PSL i Samoobroną do tworzenia w Polsce swoistego „lobby prołukaszenkowskiego”, także na poziomie medialnym;

e) nieformalne zależności i powiązania osób odpowiedzialnych za politykę wobec Białorusi z instytucjami białoruskimi oraz niektórymi środowiskami polskimi, także biznesowymi, zainteresowanymi utrzymaniem dotychczasowego stanu rzeczy (zarówno w zakresie sytuacji w samej Białorusi, jak i w relacjach dwustronnych). 

* * *

W przypadku stosunków z Białorusią niezwykle prawdziwe jest stwierdzenie, że polityka to nie gładkie słowa i spotkania na salonach, tylko fakty. Niestety, polski MSZ od lat wolał gładkie słowa, a fakty ignorował i starał się ich nie dostrzegać. Kiedy zaś nie dawało się ich dłużej nie dostrzegać, z powodu na przykład presji mediów i opinii publicznej, to przyjmował taką ich interpretację, która była dla reżimu białoruskiego maksymalnie łagodna. W konsekwencji tego, również oficjalna reakcja strony polskiej była maksymalnie łagodna (bo jeśli komuś się wydaje, że odwołanie na dwa miesiące ambasadora „na konsultacje” to reakcja stanowcza, to znaczy, że kompletnie nie rozumie istoty reżimu białoruskiego i mentalności Aleksandra Łukaszenki. Taki krok byłby może skuteczny w stosunkach z którymś z krajów demokratycznych, ale nie z Białorusią, bo ta takimi gestami się nie przejmuje. A już powrót ambasadora do Mińska i towarzyszące temu wypowiedzi uzasadniające ten powrót z ust rzecznika MSZ to już wyraz braku logiki i jednocześnie dowód braku zrozumienia sytuacji na Białorusi). Mieliśmy więc do czynienia z czystą fikcją, z polityką wirtualną, na użytek wyłącznie opinii publicznej i to tej mniej zorientowanej jej części. Typowa, mówiąc brutalnie, „propagandówa”, w stylu kuriozalnej propozycji premiera Belki, żeby Anżelika Borys została polskim konsulem honorowym, propozycji złożonej bez uprzedzenia zainteresowanej i nagłośnionej przez premiera równo dziesięć minut po jej złożeniu. Natomiast tam, gdzie pomoc MSZ, ambasady i konsulatów rzeczywiście była potrzebna – tam jej niestety nie było, czego przykładów jest aż nadto.

Powyższy katalog popełnionych błędów i przyczyn, które – w mojej opinii – do nich doprowadziły jest, siłą rzeczy, w dużej mierze hasłowy. Szereg wątków wymaga zapewne uszczegółowienia, uzupełnienia i doprecyzowania. Jak wspomniałem na wstępie – jest to jedynie propozycja punktu wyjścia do ewentualnej dyskusji, która – w imię polskich interesów w stosunkach z Białorusią i w imię demokracji na Białorusi – powinna, jak sądzę, zostać podjęta.
Bardzo dziękuję za uwagę.

Marek Bućko

* Tekst wystąpienia, wygłoszonego podczas konferencji „Polska polityka wschodnia”, zorganizowanej w październiku 2005 r. przez wrocławskie Kolegium Europy Wschodniej.

 

[ komentarze ] 

 

o nas  o regionie  |  czytelnia  |  linki  |  forum

webmaster